Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sylwetka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sylwetka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Zobaczyć morze… czyli o tym jak kroczyć w życie z uśmiechem i podniesioną głową!





Jestem niewidomy od lat pięciu. Było mi naprawdę trudno nauczyć się życia z oczami, w których nie ma już światła. Była próba samobójcza na początku, gdy nie można było się nauczyć normalnego funkcjonowania oraz ucieczki w alkohol, lecz nic to nie dało. Po pobycie w szpitalu psychiatrycznym, gdzie poszedłem z własnej woli, uwierzyłem, że to, co jest ze mną to pryszcz, są gorsze choroby, poniżające ludzi do takiego stopnia, że nie żałowałem utraty wzroku i uzmysłowiłem sobie, że warto żyć, aby pokazać innym, że osoba niewidoma potrafi dużo i jest zdolna osiągać wyznaczone przez siebie cele.

Pisząc to teraz wiem, że czyny, jakie robiłem by pozbawić się życia były głupotą, a obecnie wychodząc z domu, do sklepu, apteki, czy jadąc gdziekolwiek autobusem samemu, chodząc przy pomocy białej laski, nie widząc, co mnie wokół otacza, ryzykuję życie. Nabrałem jednak większej wiary w siebie, a teraz czeka mnie wyprawa żaglowcem, i tylko nie wiem czy nie sięgam zbyt wysoko, biorąc pod uwagę własne słabości związane także z cukrzycą… Ale nic, jestem ryzykant, dość stanowczy, dam sobie rade i z pewnością osiągnę cel, nie dla innych, lecz dla siebie! Jest to chęć wzmocnienia wiary w własne działania i udowodnienia sobie, że będąc osobą niewidomą – można dalej kroczyć w życie z uśmiechem i podniesioną głową.
Pomysł rejsu podsunęła pewna pani z Caritasu, podczas szkolenia, jakie się odbywało w ośrodku, do jakiego uczęszczam, warsztatu terapii zajęciowej Caritas, w Łapinie. Pieniądze potrzebne na rejs próbowaliśmy zbierać od okolicznych firm, co po długich staraniach udało się, lecz pracy było dużo. W działania włączyła się szefowa warsztatu, pani Aldona i nie wiem czy to dzięki niej bądź własnemu zaparciu udało się. Aby zdobyć fundusze należało się odpowiednio zaprezentować i napisać odpowiednie prośby. Z wielu, które zostały wysłane, tylko 3 pisma doczekały się odpowiedzi, i mam, komu dziękować – spełniło się marzenie!
Dziś stanąłem przy trapie, aby wejść na pokład żaglowca „Zawisza czarny” z bagażem na plecach i wielką obawą w sercu, jak to będzie i czy dam radę. Wiem już dużo z opowiadań innych uczestników, z którymi płynąłem promem z Gdańska do Sztokholmu, gdzie cumował żaglowiec i skąd rozpoczynał się drugi etap tegorocznej edycji projektu „Zobaczyć Morze”. Obawy jednak zostały, jestem niewidomy i biorę insulinę dwa razy dziennie, nadal nie wiem czy sobie poradzę.
Z tymi obawami wchodzę na pokład po kołyszącym się trapie, lecz to kołysanie jakoś dziwnie uspokaja, serce równo zaczyna pracować i drobny strach przed nieznanym znika, pomagają w tym głosy innych uczestników zachęcające do śmielszej aktywności i większej odwagi. Po dokładnym obejrzeniu całego żaglowca, niewidomi wiedzą, jak co wygląda. W poznaniu otoczenia pomógł oficer wachtowy i pokazał gdzie są linki ułatwiające poruszanie się na pokładzie żaglowca, ale mimo to piszczele i głowa są poobijane. Białą laskę ukryłem w plecaku, bo przy pracy na pokładzie byłaby utrudnieniem i zacząłem coraz śmielej poruszać się po całym pokładzie. Nagle dzwonek: alarm, zebranie na rufie i słowa kapitana: jutro wypływamy, a przed wyjściem w morze odwiedzimy Ambasadę Polską w Sztokholmie oraz przed wypłynięciem oficerowie wachtowi przeprowadzą drobne szkolenia, jakie zapewne się przyda w rejsie. Naszym pierwszym portem będzie: Visby na szweckiej wyspie Gotlandia.
W końcu wypływamy ze Sztokholmu, zaczyna lekko bujać, ale jest fantastycznie. Mijają trzy godziny jak opuściliśmy port i alarm, do żagli, nie jest to łatwe dla mnie, lecz w grupie wachty, jakiej jestem każdy wie, co ma robić. Dominik – oficer wachtowy wcześniej, podczas szkolenia pokazał nasze zadania wiec wszystko idzie sprawnie: ściąganie bomu, podnoszenie żagla czy klarowanie liny. Utrudnieniem jest tylko kołysanie, które przysparza kłopotów z chodzeniem, ale to nic. Mamy dziś wachtę nawigacyjną w morzu od północy do czwartej rano. Pierwszy raz stanąłem za sterem i będąc ślepcem skupiam się na głosie w słuchawce: kurs 120, lewo… Powtarzający się głos informuje o odbieganiu od ustalonego kursu, co zmusza do obracania koła sterowego, to w prawo to w lewo, słabiej bądź mocniej. Oficer wachtowy powiedział, że poszło mi dobrze jak na pierwszy raz i tak trzymaj. Deszcz nie padał, morze było dość spokojne, było chłodno, ale dotrwaliśmy do końca. Gdy szliśmy już spać zerwał się wiatr, zaczęło straszyć deszczem, pogoda się psuła, następni przejmujący wachtę nawigacyjną mieli gorzej. Rano kołysało dobrze i powoli było widać, kto łapie chorobę morską.
Po śniadaniu każdy ma z góry przydzielone zajęcie w danej wachcie, to szorowanie pokładu, to sprzątanie kubryku, to wachta kambuzowa w kuchni, szorowanie i mycie i naczyń, co przy kołysaniu nie było łatwe, ale czego się nie robi dla przygody. Płyniemy do portu, wieczorem po kolacji dotrzemy, zejdziemy na ląd, aby pozwiedzać okolice w wolnym czasie, lecz prace na pokładzie zostają dalej do wykonania i każdy, kto ma wachtę o danej godzinie stawia się na nią chętnie.
Nadeszła chwila wpłynięcia do portu. Wachta, w jakiej jestem odpowiada za odbijaki, są to duże gumowe piłki, jakie się spuszcza między burtę a nabrzeże, aby uchronić żaglowiec przed uszkodzeniami podczas przybijania do brzegu, niestety muszą to robić osoby widzące, a ja mogłem tylko przerzucić ową gumową piłkę przez burtę i czekać, aby przytrzymać linę. Owe czynności z odbijakami wykonuje się przy cumowaniu i podczas odbijania od nabrzeża. Mamy szczęście przybyliśmy szybciej, jeszcze przed kolacją, nasza wachta przejęła kambuz i mamy zajęcie z przygotowaniem posiłków i utrzymaniem porządku w kuchni aż do jutra, do 16 godziny. Przez ten czas będziemy w porcie, wypływamy o 17-tej. Zajęcie podczas wachty kambuzowej nie jest łatwe, noszenie talerzy i wszystkiego, co potrzebne do jedzenia i posiłków, następnie pozmywanie, a na pokładzie jest 40 osób! Ale po wykonaniu zadania można chwilowo odpocząć przy rozmowach i pośmiać się z wesołych sytuacji.
We wspomnieniach pozostanie mi to, jak nazwał mnie jeden z oficerów, od samego Gdańska, gdy płynął z nami. Imię „Mietek” szybko przyjęło się na pokładzie. Dla mnie imię nie ma znaczenia, poza tym, zawsze wiedziałem, że jak ktoś woła Mietka woła właśnie mnie.
Podczas pobytu w porcie „Visby” przed wyjściem w morze, odbywa się apel na rufie i uroczyste podniesienie bandery. Kapitan otwiera szampana i padają słowa: „Dziś Zawiszak ma swój jubileusz, 50 lat temu została wciągnięta bandera po raz pierwszy i szampan ten niech jest prezentem dla naszego żaglowca, jeszcze przed wyjściem z portu schodzimy na nabrzeże, aby z własnych ciał ułożyć napis i wykonać zdjęcie na pamiątkę, czas w porcie zleciał bardzo szybko.” Płyniemy dalej, następny port to Kalskrona i jest to najdłuższy czas w morzu, jaki nas czeka. Cały czas płyniemy na silniku, wiatr jest prosto w dziób i coraz mocniej kołysze. Schodząc z wachty nawigacyjnej o godzinie 20 widać już kilka osób leżących na rufie z głową za burtą – cierpią na chorobę morską. Ja zmoczony przez padający deszcz poszedłem się przebrać i pogadać z innymi o wesołych momentach, o tekstach, jakie wypowiada Sopel- pomocnik mechanika, gdy budzi nas rano. Jest zawsze wesoły i w chwilach zadumy poprawia nastrój, krzycząc: „Hej budzi was radiioo, nowe radiooo, nie ma spania budzi was nowe radio!”. Rano te słowa dają więcej energii do działania. Sopel czasem już samym swym ubiorem wywoływał uśmiecha: skarpetkami – pomarańczowe, koszula różowa.
Jesteśmy w porcie Kalskrona. Gdy wpływaliśmy wieczorem padał deszcz, a od rana mamy dosyć dobrą pogodę i na pokładzie każdy zajęty jest pracami przydzielonymi przez bosmana. Kto miał po pracy czas wolny schodził na ląd, aby zwiedzić okolice i przy okazji zrobić zakupy? Wieczorem opuszczamy Kalskronę i płyniemy na Bornholm, ostatni przystanek przed zakończeniem rejsu, w Świnoujściu. Po wypłynięciu, alarm do żagli i wszyscy zabierają się do stawiania żagli. Choć jestem niewidomy mogłem sobie wyobrazić wygląd Zawiszy pod pełnymi żaglami.
Tej nocy nasza wachta ma wachtę nawigacyjną psią, czyli od północy do czwartej rano. Jest paskudnie, deszcz zacina i wiatr zmienia kierunek. Ja stanąłem za sterem, a reszta wachty zaczęła zwijać żagle, czas przy pracy zleciał szybko i kiedy zjawili się zmiennicy poszedłem spać tylko nie wiedziałem czy zasnę – zmokłem jak wszyscy na służbie, ale to są uroki obecności na morzu. Na Bornholm przybyliśmy po śniadaniu. Od razu po przycumowaniu odbył się apel na rufie i padły słowa kapitana Janusza Zbierajewskiego, że nasza przygoda powoli dobiega końca. Jutro rano o 5 odbijamy i w Świnoujściu się pożegnamy, więc należy zrobić wszystko, aby żaglowiec wyglądał tak jak go przejęliśmy, a nawet lepiej. Każdy z przejęciem zabrał się do pracy, ale można było znaleźć wolną chwile. Poszedłem z oficerem Dominikiem, Soplem i kolegą z wachty na drobne zakupy. Najlepsze było to, że jak szukaliśmy pewnego sklepu i po długich staraniach i pytaniach miejscowej ludności, go znaleźliśmy, to okazało się, że już tam byliśmy, i wystarczyło tylko przejść przez sklep i wyjść z drugiej strony, aby znaleźć to, co chcieliśmy. Po powrocie na pokład znów było dużo śmiechu. Wieczór spędziliśmy na rozmowach i dyskusjach przy małym piwie. Niestety czas przedostatniej nocy zleciał bardzo szybko, spałem tylko dwie godziny, a należało jeszcze zrobić porządek z własnymi rzeczami. Rankiem jak zwykle krzyk Sopla – od razu do zajęć i odbijamy, jak zwykle praca przy odbijakach, tym razem stanąłem na śródokręciu, a nie na dziobie.
Pogodę mamy dobrą tylko jak zwykle wiatr z przodu. Płynąc do Świnoujścia, już po obiedzie mijamy żaglowiec Chopin, wiec wszyscy, ubrani w koszulki z napisem Zawisza Czarny, ustawiliśmy się na pokładzie i na rozkaz kapitana wznieśliśmy okrzyk Hura! pozdrawiający załogę mijanego żaglowca. Musiał być to widok zapierający dech w piersiach – dwa żaglowce na żaglach mijają się na pełnym morzu, piękne!
Wieczorem dobijamy do nabrzeża w Świnoujściu, jutro opuszczamy żaglowiec. Ostatni dzień, ostatnie mycie, szorowanie pokładu i ostatnie godziny uciekające tak szybko, ostatnia zbiórka na rufie i pożegnanie wraz z wręczeniem dyplomu powodują wielki żal, że przygoda już się skończyła. Mogę serdecznie podziękować panu kapitanowi Januszowi Zbierajewskiemu za jego odwagę oraz bosmanowi panu Robertowi Krzemińskiemu za cierpliwość, a także wszystkim pozostałym osobom, które poznałem, była by zbyt długa lista, aby wymieniać, chociaż po imieniu.
Ahoj może się kiedyś spotkamy, aby przeżyć następną przygodę w morzu!
Autor: Andrzej Grzenia dla portalu Podróże Bez Granic

czwartek, 2 czerwca 2011

O drodze do zatrudnienia opowiada Ilona ze Słupska

Moja przygoda z TPG rozpoczęła się od poszukiwania pracy w Powiatowym Urzędzie Pracy w Słupsku. Zgłosiłam się do mojego pośrednika pracy, który wspomniał o nowym projekcie „Wsparcie osób głuchoniewidomych na rynku pracy II – Weź sprawy w swoje ręce.”. Wskazał doradczynię zawodową, która przedstawiła mi korzyści z przystąpienia do tego projektu. Początkowo trochę się wahałam, nie byłam do końca przekonana, czy w ogóle mi to w czymś pomoże, ale w końcu pomyślałam, że warto byłoby spróbować.

Gdy już byłam uczestniczką projektu zadzwonił do mnie pan Andrzej Ciechowski z Gdańska, który zaprosił mnie na Olimpiadę do Stężycy. Tam też miały odbyć się badania lekarskie. Oczywiście wyraziłam zgodę, choć na początku miałam obawy, myślałam sobie: przecież ja nikogo nie znam, ale spróbowałam.

We wrześniu 2010 roku z moją doradczynią zawodową pojechałyśmy na Olimpiadę do Stężycy, gdzie zostałyśmy bardzo miło ugoszczone, przywitali nas organizatorzy i goście. Tego samego dnia odbyła się uroczysta kolacja z udziałem lokalnych władz samorządowych, zaś następnego dnia wyruszyliśmy wszyscy na stadion, gdzie odbyły się badania wzroku i słuchu, a zaraz po nich zawody sportowe. Pomimo lekkiego zmęczenia i tego, że jeszcze mało się znaliśmy, nie ukrywaliśmy radości z tego powodu, że wspólnie potrafimy dobrze się bawić.

Następnego dnia nadszedł czas rozstania, wyruszyliśmy do domu z pełnym bagażem miłych wspomnień. Przy okazji dowiedziałam się, że rozpocznę współpracę z trenerką pracy, która będzie do mnie przyjeżdżała.
Parę dni później miałam pierwsze spotkanie z panią Kamilą - moją trenerką pracy z Gdańska. Dzięki temu mogłam lepiej poznać siebie, a także dowiedzieć się w jaki sposób przekonać do siebie pracodawcę itp.
Na początku października udało mi się znaleźć ciekawa pracę w Ustce, bardzo się z tego ucieszyłam jednak pracowałam tylko do końca grudnia 2010 roku.

Rozpoczął się Nowy Rok, nowe możliwości, postanowiłam coś zrobić ze sobą. Częściej spotykałam się z moją doradczynią zawodową i trenerką pracy, które uczyły mnie jak przygotowywać się do rozmowy kwalifikacyjnej i przedstawiały mi oferty zatrudnienia. W lutym zostałam zakwalifikowana na 10-dniowe warsztaty aktywizacji zawodowej w Bydgoszczy. Kiedy zbliżał się termin wyjazdu, ogarniała mnie niepewność, zastanawiałam się czy ten wyjazd do czegoś się przyda. Zrobiłam jednak ten jeden krok do przodu, pojechałam autokarem do Hotelu „Homer” w Bydgoszczy, tam powitano mnie bardzo ciepło. W trakcie całego pobytu odbywały się różnego rodzaju zajęcia, głównie: komputerowe, z zakresu psychoedukacji z elementami doradztwa zawodowego, mieliśmy również okazję wszyscy bliżej się poznać, gdyż odbyła się dyskoteka, karaoke i inne spotkania integracyjne. Zaś pod koniec odbyły się zajęcia kreowania własnego wizerunku z elementami wizażu i te zajęcia wywarły na mnie największe wrażenie. Dzięki nim mogłam się dowiedzieć jakich kosmetyków odpowiednich do mojej cery powinnam używać oraz jakie kolory ubrań są odpowiednie do mojego wizerunku.


Warsztaty w Bydgoszczy upłynęły w bardzo szybkim tempie, bardzo ciepło wspominam spędzony tam czas, ludzi których poznałam oraz zajęcia, które były bardzo przydatne. Pozytywnie mnie zaskoczyło to, jak ludzie z tak różnymi schorzeniami potrafią się dogadać, a jednocześnie ile mogą mieć w sobie radości. Dzięki temu nawiązałam nowe znajomości, poznałam ciekawych ludzi, to wszystko sprawiło, że zaczęłam się częściej uśmiechać, cieszyć się z tego co mam. To doświadczenie pomogło mi jeszcze bardziej się otworzyć oraz próbować wszystkiego co daje mi los.

Jestem wdzięczna mojej doradczyni zawodowej oraz trenerce pracy z TPG, głównie za mobilizację, współpracę oraz cierpliwość i chęć poświęcenia swojego czasu dla mnie. Spotkanie z tymi ludźmi, pomogło mi uwierzyć w siebie, nauczyło mnie tego, że kiedy nam coś nie wychodzi to nie należy tak łatwo się poddawać tylko wierzyć w swoje możliwości i walczyć do końca.

Obecnie współpracuję z Kołem Powiatowym PZN w Słupsku. Traktuje to jako nowe doświadczenie. Dzięki temu mam szansę poznać nowe możliwości, nauczyć się czegoś nowego, a także nieść pomoc innym. Cieszy mnie również fakt, iż pracuję teraz z osobami z niepełnosprawnością, mam szansę poznać zasady przebiegu rekrutacji osób do nowego projektu „Ciekawi świata”. Przeprowadzenie tego typu akcji, cieszy mnie tym bardziej, że moja praca polega na kontaktach z ludźmi, daje szansę rozwoju oraz zdobywania nowego doświadczenia.

Dlatego też chciałabym zachęcić wszystkie osoby z niepełnosprawnością do korzystania z projektu TPG oraz różnego rodzaju pomocy, szkoleń, warsztatów, gdyż dają nam ogromną okazję rozwoju osobistego, odkrycia talentów ale także możliwość poznania ciekawych ludzi.

Dziękuję wszystkim organizatorom projektu TPG za okazane mi wsparcie, pomoc i życzę kolejnym uczestnikom samych sukcesów w życiu osobistym jak i zawodowym.

Ilona

Projekt „Wsparcie osób głuchoniewidomych na rynku pracy II – Weź sprawy w swoje ręce.” współfinansowany jest ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego. Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych pełni funkcję lidera projektu i wnosi 15% środków na jego realizację.
Więcej na stronie: www.mojapraca.org.pl

piątek, 1 kwietnia 2011

Pierwszy uczestnik projektu rozpoczyna działalność gospodarczą

Pan Marek, który jest osobą głuchoniewidomą już niedługo założy swoją firmę. Stanie się to dzięki wielkiemu zaangażowaniu i wytrwałości, ale także za sprawą uczestnictwa w projektach współfinansowanych przez Unię Europejską. Są to: „Równe szanse na swój biznes” i „Wsparcie osób głuchoniewidomych na rynku pracy II – Weź sprawy w swoje ręce.”

Nowa firma będzie przedsiębiorstwem produkcyjno – usługowym zajmującym się garbowaniem i uszlachetnianiem skór futerkowych, szyciem konfekcji futrzanej i czapek historycznych. Profil działalności podyktowany jest bogatym doświadczeniem i wiedzą Pana Marka. Prowadził on razem z ojcem Zakład Wyprawy Skór Futerkowych w Redzie.

Jaki jest przyszły właściciel firmy? Doradczyni zawodowa, Agnieszka Oflakowska tak go opisuje: „Można powiedzieć, że jest typowym przedsiębiorcą: niezależny, elastyczny, nastawiony na sukces. O Pomorskiej Jednostce TPG dowiedział się od sąsiadki, która już wtedy była beneficjentką projektu pod hasłem „Weź sprawy w swoje ręce”. Mówi o sobie, że jest człowiekiem pracy. Uważał jednak, że pomoc TPG nie jest mu potrzebna, nie miał czasu na spotkania. Po wielu namowach na szczęście dał się przekonać, że warto uczestniczyć w projekcie.”

25 października 2010 Starostwo Powiatowe w Wejherowie wraz z innymi partnerami zaczęło prowadzić rekrutację osób z niepełnosprawnością, które mieszkają w powiecie wejherowskim i chcą rozpocząć działalność gospodarczą. Projekt dawał większe szanse na uzyskanie dotacji kobietom i osobom mieszkającym na wsi. Pan Marek we współpracy z doradczynią zawodową rozpoczęli pisanie wniosku, w którym trzeba było przedstawić: plan przedsięwzięcia, ogólny zarys, informacje o potencjalnych klientach, konkurencji. Kolejnym ważnym etapem w drodze po dofinansowanie była rozmowa z osobami z Komisji Rekrutacji. Spośród 40 chętnych Komisja wybrała 26 uczestników projektu, w tym Pana Marka.

Na podstawie biznesplanu i rozmowy Komisja spośród 26 wyłonionych osób miała wybrać ostatecznych 20 szczęśliwych przedsiębiorców, którym przyzna dotacje.

„Harmonogram Pana Marka był bardzo napięty, ponieważ projekt przewidywał dwutygodniowy cykl szkoleń, zaraz potem pisanie biznesplanu. Najtrudniejsze było sporządzenie części związanej z przewidywanymi przychodami, cenami, kosztami, czyli liczby i jeszcze raz liczby. Dla Pana Marka, przyzwyczajonego do pracy w warsztacie, nie był to łatwy okres.” – Komentuje Agnieszka Oflakowska.

8 marca nadszedł punkt kulminacyjny przedsięwzięcia – decydująca rozmowa czteroosobowej Komisji z Panem Markiem, niezłomnym optymistą, i jego siostrą, odpowiedzialną za marketing przyszłej firmy.

15 marca Pan Marek dowiedział się przez telefon, że decyzja już na niego czeka. Wraz z siostrą odebrał zaklejona kopertę, którą otworzył w samochodzie. Otrzymał ponad 90 punktów na 100 możliwych. Dotacja została przyznana! Ogromna radość, a jednocześnie wielka odpowiedzialność a w przyszłości wiele pracy. Firma „Norka – wyprawa skór i konfekcja futrzana. Marek Krajewski” startuje w kwietniu 2011. Nie mamy wątpliwości, że Pan Marek sobie poradzi. Gratulujemy i czekamy na dalsze wieści!



List od Pana Marka Krajewskiego (kliknij aby obejrzeć duży list w wersji PDF):

Projekt „Wsparcie osób głuchoniewidomych na rynku pracy II – Weź sprawy w swoje ręce.” współfinansowany jest ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego. Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych pełni funkcję lidera projektu i wnosi 15% środków na jego realizację.
Więcej na stronie: www.mojapraca.org.pl

czwartek, 24 marca 2011

My Aktywni – Bogumiła Jurczyńska

Po co wychodzić z domu i mierzyć z przeciwnościami? Skąd czerpać siły do walki o samodzielność? A może po to, żeby pomagać innym?... Przedstawiamy panią Bogusię, kobietę, która pomimo poważnego uszkodzenia wzroku i słuchu, pozostaje wciąż aktywna.

Pani Bogusia uczestniczy w spotkaniach Makroregionu Północno-Zachodniego naszego projektu. Dała się tam poznać, jako osoba, która „lubi i potrafi słuchać, uczyć się, bawić, pomagać innym”.

My szukaliśmy osoby głuchoniewidomej, znającej osobiście problemy tego środowiska, a przy tym aktywnej i pełnej dobrej energii. Potrzebowaliśmy bowiem osoby, która mogłaby stać się „wizytówką" projektu. Znad morza przyszedł głos: pani Bogusia będzie najlepsza! Zapewniano gorąco, że jest to doskonała kandydatka.

Pani Bogusia zgodziła się z nami spotkać i opowiedzieć swoją historię. Wzięła udział w sesji fotograficznej i wystąpiła przed kamerą. Napisała także kilka słów o sobie, swoim dotychczasowym życiu i obecnych zajęciach. Z dumą przedstawiamy owoce naszej współpracy.

Mamy nadzieję, że pani Bogusia zdobędzie teraz także Waszą sympatię i że będzie natchnieniem do podejmowania nowych wyzwań.


„Moje życie zwyczajne” napisała Bogumiła Jurczyńska

Urodziłam się na wsi i cały czas tutaj mieszkam. Lubię to swoje małe miejsce na ziemi, mój mały domek i swój ogródek. Problem ze wzrokiem mam od urodzenia – wysoka krótkowzroczność. Zmorą mojego dzieciństwa były grube i ciężkie okulary. Nie miałam żadnych innych specjalnych pomocy. Moim jedynym „przywilejem" było siedzenie w pierwszej ławce przez wszystkie lata nauki szkolnej, ale ja przecież i tak z tablicy nic nie dałam rady przeczytać, zaglądałam przez ramię do zeszytu koleżanki, z którą siedziałam.

Lekcje odrabiałam przy lampie naftowej, bo na ,,nowych wybudowaniach" elektryfikację przeprowadzono dopiero w 1969 roku. Mimo tych trudności uczyłam się dobrze, zawsze przynosiłam świadectwo z czerwonym paskiem. Lubiłam być aktywna - należałam do szkolnego chóru, byłam drużynową w harcerstwie i gospodarzem klasy.

Po ukończeniu ósmej klasy w poradni pedagogicznej radzono mi, abym na dalszą naukę wybrała sobie szkołę, w której ,,dużo w książkach nie trzeba będzie siedzieć". Oczy miałam bardzo osłabione. Do dziś pamiętam, jak kierowniczka zakładu fryzjerskiego, gdzie próbowałam załatwić sobie praktyki powiedziała: ,,Z takim wzrokiem nie możemy cię przyjąć, bo kładłabyś się na klientki ".

A ja marzyłam, żeby zostać przedszkolanką lub nauczycielką. Niestety!

Gdy miałam 18 lat udało mi się znaleźć zatrudnienie. Prowadziłam klub dla młodzieży. Bardzo lubiłam tą pracę, ale moje oczy się zbuntowały – wylew do siatkówki, po 2 latach następny i „moja” okulistka powiedziała: ani dnia dłużej! Szczęściem w nieszczęściu było to, że przepracowałam 5 lat i mogłam dostać chociaż skromną rentę.

W 1981 roku wyszłam za mąż, a rok później wielka radość – urodziłam śliczną, zdrową córkę.

Gdy zapisałam się do Polskiego Związku Niewidomych, nie chciałam być tylko biernym członkiem. Zaczęłam pomagać i angażować się w pracę zarządu. Lubiłam być między ludźmi, jeździłam na każdą wycieczkę, na turnusy rehabilitacyjne, na szkolenia. Miałam dużo znajomych i spore grono przyjaciół.

Gdy mąż zachorował i też musiał przejść na rentę, żyło się nam ciężko. Udało mi się zatrudnić w Zakładzie Pracy Chronionej. Brrr ! Przykre wspomnienia. Udało mi się wytrwać 4 lata.

Trzy lata temu dopadła mnie choroba nowotworowa. Wtedy przekonałam się co znaczy mieć kochającą rodzinę i oddanych przyjaciół – zrobili prawdziwy ,,szturm do nieba" z prośbą o moje zdrowie i chyba się im udało, bo na razie jest dobrze.

Od 7 lat jestem przewodniczącą Powiatowego Koła PZN. Dużo pracy, ale i satysfakcja ogromna, gdy uda się komuś pomóc.

Cieszę się, że zmienia się nastawienie społeczeństwa do osób niepełnosprawnych. Jest już teraz dużo specjalistycznego sprzętu. Mnie pomaga „gadający" komputer, czytający SMS-y telefon, czytak książek mówionych, udźwiękowiony ciśnieniomierz i lupa elektroniczna. Medycyna też zrobiła wielki postęp. Ja moje grube okulary mogę chociaż na kilka godzin dziennie zamienić na szkła kontaktowe.

Na początku ubiegłego roku do naszego koła PZN przyjechali przedstawiciele Pomorskiej Jednostki Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym, aby wyłonić spośród członków koła osoby z dysfunkcją wzroku i słuchu. Takim trafem rozpoczął się w moim życiu nowy rozdział, zostałam członkiem TPG.

Od 8 lat mam stwierdzony ubytek słuchu w stopniu znacznym, noszę aparat słuchowy. Dzięki współpracy z TPG moje życiowe akumulatory zostały doładowane dodatkową, pozytywną energią. Spotkałam tu wielu wspaniałych ludzi, którym leży na sercu niesienie pomocy ludziom głuchoniewidomym. Ja też taką pomoc otrzymałam.

Swoje smuteczki i kłopoty staram się odkładać ,,na dno szuflady". Zawsze staram się myśleć o ludziach , którzy mają gorzej ode mnie i skupiam się na tym, aby chociaż niektórym z nich pomóc.

Mam jeszcze takie jedno osobiste marzenie, aby doczekać się wnucząt, a że na razie się nic nie zapowiada, to muszę się jakoś trzymać :).

Opracowanie: Katarzyna Gromadzka
Źródło: http://mojapraca.org.pl/index.php?view=news&review=7


Projekt „Wsparcie osób głuchoniewidomych na rynku pracy II – Weź sprawy w swoje ręce.” współfinansowany jest ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.
Więcej na stronie: www.mojapraca.org.pl

niedziela, 14 listopada 2010

Roman Piątek – moja przygoda z warcabami

Pięć lat temu znajomi namówili mnie aby grać w warcaby 100-polowe. Wcześniej w warcaby grałem jako młody chłopak, ale wtedy były tylko 64-polowe. Przed wyjazdem na II Mistrzostwa Polski Głuchoniewidomych w Warcabach byłem na dwóch turniejach – na pierwszym zająłem jedno z ostatnich miejsc, a na drugim turnieju na 34 zawodników zdobyłem 9 miejsce i w ten sposób uzyskałem V klasę w warcabach. Nie gram w żadnym klubie, ale towarzysko - ze znajomymi, jak mam czas. Od trzech miesięcy zacząłem uczyć się grać z komputerem, analizuję jego ruchy i strategię, patrzę na to gdzie popełniam błędy, to dla mnie najlepsza nauka. Lubię patrzeć na żywe warcaby, dlatego nie gram na samym komputerze, a rozkładam sobie warcaby obok komputera i nanosze jego ruchy na planszę. Na raz nie gram nigdy więcej niż trzy, cztery partie, zajmuje mi to od półtora do dwóch godzin. Najbardziej lubię w warcabach to, że muszę przewidzieć dwa ruchy wprzód przeciwnika i mogę, wykorzystując zasadę musowego bicia, narzucić swój styl gry. Raz udało mi się wyprzedzić przeciwnika o trzy ruchy, to był duży sukces.

II Mistrzowsta Polski Głuchoniewidomych w Warcabach
64 i 100-polowych 22-24.10. 2010 Śródborów

Wyjechałem porannym pociągiem do Warszawy, gdzie czekały na mnie Ewa Oleszczak wraz ze swoją koleżanką Kasią. Mieliśmy czas do 16.00, więc pochodziliśmy po Warszawie.
Spotkaliśmy się z całą grupą przy stacji Warszawa-Śródmieście, skąd odjechaliśmy kolejką elektryczną do Śródborowa. Od kolejki, drogą przez las, doszliśmy do miejsca zakwaterowania - „Ośrodka Szkolno-wychowawczego dla Dzieci Niesłyszączych i Słabosłyszących w Otwocku”.
Krzysztof Chęciak pomógł uczestnikom zakwaterować się w pokojach. Po kolacji o 20.00 rozpoczęły się zawody. Pierwsze odbyły się rozgrywki warcabów 64-polowych. Udało mi się rozegrać trzy zwycięskie partie, było to zaskoczenie ale i przyjemne zakończenie dnia.
W sobotę od godziny 9.00 kontynuujemy grę. Moja pierwsza rozgrywka tego dnia z najlepszą zawodniczką Petronelą była zimnym prysznicem – przegrałem, a zanim się otrząsnąłem, w następnej partii znowu porażka. To był moment w którym mocno sobie postawnowiłem „Roman, przestać przegrywać, zacznij wygrywać” i to pomogło. Wygrałem następne dwie partie i zająłem piąte miejsce w warcabach 64-polowych. Odetchnąłem z ulgą, że nie jestem ostatni.
Po obiedzie rozpoczęły się zawody w warcabach 100-polowych – wygrałem trzy partie i jedną zremisowałem.
Między 17.00 a 19.00 była przerwa, w czasie której poszliśmy na spacer po lesie – to dobrze zadziałało na mój układ nerwowy.
A po kolacji pierwsze spotkanie integracyjne, rozpoczęte przez maga, który pokazywał przeróżne sztuczki – wciągając do zabawy uczestników. Tańczyliśmy i uczestniczyliśmy w konkursach bardzo dobrze się bawiąc. Miałem mocne postanowienie „musisz lepiej zagrać jutro”.
W niedzielę o 9.00 rozpoczęliśmy ostatnią turę rozgrywek w warcabach 100-polowych. Byłem naładowany optymistycznie, co dało dobre rezultaty. Pierwszą partię wygrałem, myśląc „jest dobrze”. Remis z Petronelą dał mi drugie miejsce! I dopiero wtedy adrenalina zaczęła powoli opadać.
O 11.30 nastąpiło rozdanie nagród. Za piąte miejsce w warcabach 64-polowych wybrałem jako nagrodę - klawiaturę z dużymi znakami, a za drugie miejsce w warcabach 100-polowych dostałem medal, puchar i termometr mówiący.
Po obiedzie wyruszyliśmy do domów. Bardzo dziękuję za organizację szczególnie Bożenie Więckowskiej z TPG, Krzysztofowi Chęciak prezesowi „Arkadii” - Klubu Sportowego Osób Niesłyszących i Głuchoniewidomych oraz sędziemu zawodów Michałowi Sucheckiemu.
Jechałem na te zawody z duszą na ramieniu, żeby nie zająć ostatniego miejsca; udało się więcej niż przypuszczałem.
Warto było jechać na taką imprezę, było wesoło, ale też poważnie. Człowiek zapomina o domu, schorzeniach. M.in. dzięki takim spotkaniom czuję się pełnowartościowym człowiekiem, szczególnie w połączeniu z drugim wielkim wydarzeniem w moim życiu – znalezieniem stałej pracy przy pomocy specjalistów Projektu „Wsparcie osób głuchoniewidomych na rynku pracy II – Weź sprawy w swoje ręce”.



Zdjęcia: Roman Piątek
Tekst: Roman Piątek z Kamilą Skalską

środa, 15 września 2010

Projekcja filmów i spoktanie z reżyserem Ryszardem Bilarskim

Ryszard Bilarski_1958
Ryszard jest głuchoniewidomy – ma uszkodzone dwa podstawowe zmysły – wzrok i słuch. Funkcjonuje jako osoba całkowicie głucha a jego ostrość wzroku jest bardzo obniżona. Pomimo problemów z komunikacją, to bardzo aktywny, otwarty na kontakty z innymi ludźmi człowiek.
Od 1976 roku jest zatrudniony w Spółdzielni Niewidomych Sinol w Gdańsku. Jest cenionym pracownikiem – pomysłowym, zaradnym, wiele rzeczy potrafi naprawić i wykonać. Ponadto jest pogodny, uczynny, punktualny. Samodzielnie dojeżdża do pracy – porusza się z białą laską, w inne – znane sobie miejsca również potrafi dotrzeć sam. Chętnie pomaga w domu, robi zakupy. Przez wiele lat jego świat ciemności i ciszy składał się z wyjścia do pracy i powrotu do domu gdzie siedząc w swoim pokoju oglądał telewizję.
Od stycznia 2008 roku Ryszard jest członkiem Regionalnego Klubu Osób Głuchoniewidomych, który działa przy Pomorskiej Jednostce TPG w Gdańsku. Bardzo chętnie uczestniczy w spotkaniach, wycieczkach, imprezach plenerowych – nareszcie spotyka osoby z którymi może się porozumieć, które mają cierpliwość i chęci aby go wysłuchać i zrozumieć. Pasja Ryszarda to dokumentowanie na taśmie filmowej zdarzeń, w których uczestniczy – aby potem oglądać je raz jeszcze i się nimi cieszyć. Pomysł zakupu kamery, nakręcenia pierwszego filmu powstał przed wyjazdem na turnus rehabilitacyjny dla osób głuchoniewidomych. Taki wyjazd był całkowicie nowym doświadczeniem dla Ryszarda – nigdy nie jechał pociągiem, nigdy nie opuszczał rodzinnego domu – a teraz miał wyjechać aż do Darłówka. Zdawał sobie sprawę, że nie będzie mógł opowiedzieć Mamie o swoich przeżyciach, o tym co zobaczył – pomyślał więc, że nakręci film.
Osłabiony wzrok nie przeszkadza w dokumentowaniu rzeczywistości. Ryszard filmuje a jego pomocnikiem jest oko kamery, które w momencie zapisywania obrazu widzi lepiej od operatora. A potem, przy odtwarzaniu zebranego materiału, następuje ogromna radość, ponieważ dopiero wtedy Ryszard może dokładnie obejrzeć obrazy i zdarzenia, które zarejestrował, a które dla Jego słabego wzroku i ograniczonego pola widzenia nie byłyby dostępne. Taki świat jest barwny, ciekawy, pełen radosnych wspomnień, tętni życiem...i to tak różnym od tego, które zajęło mu aż 50 lat.

Podczas wieczoru autorskiego odbyła się projekcja filmów reżyserii Ryszarda Bilarskiego. Anna Jurkowska i Andrzej Ciechowski opowiedzieli o działaniach Pomorskiej Jednostki TPG jak i możliwości udziału  w projekcie "Wsparcie osób głuchoniewidomych na rynku pracy II" oraz przybliżyli sylwetkę Ryszarda Bilarskiego. Na koniec odbyła się rozmowa podczas której autor filmów opowiadał o swojej pasji i wydarzeniach, które filmował. Zapraszamy do obejrzenia zdjęć:

Zdjęcia: Marta Mietlicka
Tekst: Informator projektu "Sopot, ul.Sztuki"

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

"Małe Kilimandżaro - Mazury 2010" - przygoda czekająca Karola

Karol Klein weźmie udział w rejsie po Krainie Wielkich Jezior organizowanym przez Fundację Anny Dymnej "Mimo wszystko" w programie "Małe Kilimandżaro - Mazury 2010". Zaproszenie do udziału w konkursie pojawiło się wcześniej na naszym blogu. Karol jest jedną z 10 osób, którym udało się zakwalifikować do drużyny żeglarskiej. Gratulujemy!!!
Jest to bardzo dobra okazja by zaprezentować sylwetkę Karola. Dlaczego rejs? Jak sam napisał:

"Kocham sport. Próbowałem różnych dyscyplin: biegania, skoku w dal, pchnięcia kulą, rzutu oszczepem, pasjonuję się koszykówką i siatkówką, nigdy jednak nie byłem na jachcie i nie żeglowałem. Bardzo chciałbym tego spróbować.
Lekkoatletykę trenuję od roku prawie codziennie i jestem najlepszym sportowcem. Zdobyłem 2 medale w Lekkoatletycznych Mistrzostwach Polski Osób Niepełnosprawnych: srebrny medal w biegu na 100 metrów, brązowy medal w biegu na 200 metrów i 4 miejsce w skoku w dal. Był to mój pierwszy występ w takich zawodach. Jestem bardzo ambitny, chcę wygrywać i piąć się do góry. W przyszłości chciałbym konkurować w wieloboju i marzę, by wziąć udział w Paraolimpiadzie.
Jestem osobą niepełnosprawną z tytułu wzroku i słuchu. Mam bardzo ograniczone pole widzenia. Nie widzę obszaru dookoła, widzę tylko centralnie, to co znajduje się bezpośrednio przede mną. Noszę także aparat słuchowy, który pozwala mi słyszeć."

Na zdjęciu Karol Klein z prawej

niedziela, 24 stycznia 2010

Galeria prac Witolda Orzecha

Pomorska Jednostka Wojewódzka TPG nawiązała współpracę sponsoringową z Fabryką Zapałek "Czechowice" S.A. Co mają ze sobą wspólnego zapałki i TPG? To dobry moment na zaprezentowanie prac Witolda Orzecha - głuchoniewidomego artysty z Kobylnicy obok Słupska. Warsztat pracy Witolda Orzecha opiera się na tworzywach kartonowych i drewnianych. Zapałki natomiast stanowią główny materiał służący do ozdoby i wykończenia prac. Efektem są między innymi plansze do gry dla osób niewidomych oraz rzeźby inspirowane światem baśni. Mamy przyjemność zaprezentować kilka prac wykonanych przez Witolda Orzecha:
 Smok Norbert jest Norweskim Smokiem Kolczastym inspirowanym przygodami Harrego Pottera

Zapraszamy do internetowego albumu prac Witolda Orzecha:
pojedyncze kliknięcie uruchomi pokaz slajdów, podwójne kliknięcie otworzy album z dużymi zdjęciami w nowym oknie

czwartek, 7 stycznia 2010

Co najbardziej podobało Ci się w projekcie? Dlaczego? Opowiada Bogumiła Jurczyńska

Jestem podopieczną Pomorskiej Jednostki Wojewódzkiej TPG w Gdańsku.
Pełna podziwu jestem dla Koordynatora Makroregionu Północno-Zachodniego - Andrzeja Ciechowskiego oraz Pomorskiego Pełnomocnika TPG - Anny Jurkowskiej.
     Udało się im pozyskać do współpracy bardzo dużo specjalistów i wolontariuszy, ludzi młodych, z odpowiednim wykształceniem, umiejących świetnie nawiązywać kontakt z osobami głuchoniewidomymi, mających głowy pełne świetnych pomysłów. Wszyscy bardzo zaangażowali się w skrupulatne realizowanie założeń Projektu. To ludzie ,,z sercem na dłoni”. Profesjonalnie przedstawione zostały przez nich różnorodne materiały informacyjne o TPG i Projekcie – plakaty, ulotki.
      Każda sesja rehabilitacyjna czy impreza integracyjna dopracowane były w najdrobniejszych szczegółach - ciekawy program, przyjazna , rodzinna atmosfera. Każdy beneficjent mógł poczuć się zauważony i dowartościowany, bo przygotowywano dla nas bardzo ładne, indywidualne dyplomy, upominki i pochwały.
     Dało się zauważyć bardzo rozważne i oszczędne gospodarowanie funduszami- np. wszystkie posiłki na imprezach przygotowywano w swoim zakresie, wspólnie.
     Bardzo pilnie śledzę wszystkie wydarzenia z TPG na stronie internetowej i widzę, że w 2009 roku dużo dobrego zdołano zrobić dla osób głuchoniewidomych. Cieszy mnie fakt, że Pomorska Jednostka TPG, ma w tym swój bardzo znaczny udział.

2. W jaki sposób projekt wpłynął na Twoje życie? 

     Moja sytuacja jest może specyficzna, bo ja na co dzień również pracuję społecznie (mimo swojej niepełnosprawności), pomagam niewidomym i słabo widzącym. Dobrze wiem, jak nieraz potrzeba dużo wysiłku i samozaparcia, aby osiągnąć pozytywny ,zamierzony efekt.
     Będąc podopieczną TPG pozwalam sobie ,, rozpieszczać się” innym i jestem bardzo usatysfakcjonowana.
- Miałam swój mały udział w organizacji I Sesji TPG na Kociewiu (relacja na str. Internetowej).
- Brałam udział w I Warsztatach TPG w Bydgoszczy w ramach projektu ,, Wsparcie osób głuchoniewidomych na rynku pracy”. Wróciłam bardzo zadowolona, dużo się nauczyłam, zapoznałam się z różnymi sposobami porozumiewania się z osobami głuchoniewidomymi, podszkoliłam się w pracy na komputerze, interesujące były indywidualne zajęcia z psychologiem, doradcą zawodowym, prawnikiem. Kadra i wolontariusze wspaniali ! Bardzo serdeczna atmosfera .Poznałam nowych ludzi.
Naprawdę było super !
- Kilkakrotnie odwiedzili mnie w domu specjaliści, oferując pomoc w pracy z komputerem oraz mogłam skorzystać z porad prawnika.
- Brałam udział w imprezie integracyjnej w Gdańsku oraz w Sesji wyjazdowej do Starej Rzeki – znowu super – rehabilitacja, zajęcia sportowe, rozrywka, zawieranie nowych znajomości oraz możliwość poznania nowych, ciekawych miejsc.
- Otrzymałam dofinansowanie do zakupu specjalistycznego telefonu komórkowego, do którego mogłam zainstalować program głośnomówiący – jest to mi bardzo pomocne w moich częstych kontaktach z ludźmi.
- Miłą pamiątką podsumowującą całoroczną pracę i osiągnięcia Pomorskiej Jednostki TPG jest kalendarz z licznymi zdjęciami na 2010 rok, który otrzymałam w prezencie.
- Otrzymuję czasopismo,, Dłonie i Słowo”.
- W TPG pamiętano nawet o moich urodzinach, na święta również były piękne kartki- jak w rodzinie!
     Mieszkam dość daleko od siedziby TPG w Gdańsku, to czasem jest przeszkodą , aby w pełni uczestniczyć we wszystkich przedsięwzięciach, ale na naszym blogu mogę o wszystkim przeczytać bardzo szczegółowe relacje i obejrzeć mnóstwo zdjęć.

3. Co powiedziałabyś innym osobom głuchoniewidomym, żeby zachęcić je do wzięcia udziału w Programie ? 

     Na warsztatach w Bydgoszczy nauczyłam się alfabetu Lorma i teraz już wiem, że istnieją różne metody porozumiewania się z osobami głuchoniewidomymi. Takiej osobie opowiedziałabym o osobiście otrzymanej pomocy( odpowiedź na pytanie 2 ). Podzieliłabym się materiałami informacyjnymi o TPG oraz zachęciła do zapoznania się z relacjami na stronie internetowej i naszym blogu.
      Z własnego doświadczenia wiem, że ze swoją niepełnosprawnością nie warto zamykać się w czterech ścianach, dobrze jest być między ludźmi, nieraz trzeba pozwolić sobie pomóc . W TPG taką pomoc każda osoba z dysfunkcją wzroku i słuchu na pewno znajdzie. 

Bogumiła Jurczyńska

Gospodyni domu 1 - Krystyna wraz z Bogusią królują w kuchni:)
Bogusia przygotowuje sałatkę w domu nr 1. podczas sesji rehabilitacyjnej w Starej Rzece

SOBOTA - zajęcia rehabilitacyjne w Starej Rzece

Spotkanie przy herbacie i kociewskich kuchach. Na pierwszym planie – Bogusia Jurczyńska